Monday, November 21, 2011

Sonpur Mela cz. II [Indie, Bihar]


Największą atrakcją Sonepur Meli była bezwzględnie studnia śmieci, czyli rodzaj wielkiej drewnianej beczki, w której odbywają się pokazy motocyklowych i samochodowych akrobacji, przeczące ziemskiej grawitacji. Spektakl może podziwiać każdy, kto zakupi bilet (65 groszy!) i ma tyle odwagi by wspiąć się na metalowo-drewnianą konstrukcję i wytrzymać drgania w jakie wpada studnia, gdy po jej ścianach zaczynają pędzić dwu i czterokołowe maszyny. Skręcone "na wiarę" metalowe wsporniki chodzą podczas takiego przedstawienia po 10 cm w obie strony. A jak jeszcze tuż przed nosem przejedzie człowiekowi taki szalony motocyklista, albo jeszcze lepiej jak śmignie przednie koło samochodu, to na prawdę można się zacząć zastanawiać, czy nie wyjść z show przed końcem :)


Wyczyny indyjskich kaskaderów nie przeczą może prawom fizyki, ale zdrowemu rozsądkowi z pewnością. Zobaczcie sami:



Sunday, November 20, 2011

Sonpur Mela cz. I [Indie, Bihar]

Nawet wrony zawracają w Biharze. Ten zamieszkały przez ponad 100 milionów ludzi stan w północno-wschodnich Indiach jest jednym z najbiedniejszych części kraju. Kto tylko może próbuje się stad wyrwać. Najlepiej gdzieś za granicę, a jak się nie da to przynajmniej do Delhi. Nic dziwnego, że spora część taksówkarzy w stolicy to biharczycy. Są prawdziwą zmorą turystów. W ogóle nie znają topografii miasta, ale maja dużą pewność siebie (a może to pęd do pieniędzy, sam nie wiem). Biharski kierowca zawsze zna drogę. Przez pierwsze 100 metrów. Potem zacznie się pytać, co dalej...
No ale nic dziwnego, że wszyscy chcą z tego Biharu zmykać.I turyści Bihar omijają szerokim lukiem. Z turystycznego punktu widzenia Bihar jest więc w pewnym sensie zagubionym ogniwem leżącym gdzieś pomiędzy Indiami właściwymi i Bangladeszem, do którego już nie trafia w zasadzie nikt. Bo nic tu w zasadzie nie ma. Za wyjątkiem największych buddyjskich atrakcje Indii (to w Biharze znajduje się święte miasto Gaya, w którym Budda Siakjamuni osiągnął oświecenie). Miejmy nadzieje, że je będziemy jeszcze mieli okazję obejrzeć.
Bihar znany jest też z największego w calej azji targu zwierząt. I to właśnie skusiło mnie do urządzenia weekendowego wypadu do położonego 25 km od stolicy Biharu Sonepuru. Teoretycznie targ trwa całe 3 tygodnie. To jednak tylko teoria. Jak się okazało na miejscu handel zwierzętami skończył się po pierwszym tygodniu. Potem to Sonepur Mela już w zasadzie największy w Azji odpust...


Zdecydowanie najwięcej było rożnego rodzaju stoisk kulinarnych



Obozowisko


Precelek smażony w głębokim tłuszczu?





Większość koni rozeszła się już do domów, zostały tylko pojedyncze sztuki


Na szczęście na stoisko ze zwierzętami domowymi tętniło życiem.


Saturday, November 19, 2011

Międzynarodowy dzień toalet [Indie]

19 listopada obchodziliśmy międzynarodowy dzień toalet. Już prawie po raz 10-ty.
Tak mi się skojarzyło, że niedawno Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju opublikował kolejny ranking rozwoju społecznego Human Development Index (HDI). Przy okazji autorzy podali, też taką ciekawostkę: "Ze wszystkich światowych publicznych defekacji (czyli takich na świeżym powietrzu) 58% ma miejsce w Indiach." 
Miłego dnia.

Saturday, November 12, 2011

Matheran [Indie, Maharasztra]

Matheran - to najmniejsza i jednocześnie najbliższa Mumbajowi stacja górska Indii. W rezultacie też najdroższa. Szczególnie w czasie weekendów. "Jeden noc kosztuje 2 200 rupii. Wiesz, mamy weekend. Nigdzie taniej nie znajdziesz. No chyba, że przyjdziesz do mnie jutro. Wtedy łóżko dostaniesz za 700 rupii, ale dziś 2 200 rupii i nie ma rozmowy." Co miałem zrobić wysupłałem te 2 200 i zostałem. 


Do Matheran wjechać można bardzo klimatyczną wąskotorówką. Niestety w czasie mojej podróży zepsuła się lokomotywa i musiałem się przesiąść do samochodu.


Matheran jest jak na Indie bardzo specyficznym miejscem, bo na całym terenie zabronione jest używanie jakichkolwiek pojazdów mechanicznych.


Można więc w niej odpocząć od zgiełku silników i nieustannego trąbienia klaksonów.


Spacerując lub jeżdżąc konno po ścieżkach łączących liczne punkty widokowe.


A wieczorem można też zaspokoić swoje żądze zakupowe spacerując po "matherańskich Krupówkach"


Na koniec jeszcze ciekawostka. Cmentarz Parsów, czyli potomków wywodzących się z Iranu wyznawców Zoroastryzmu - najstarszej wciąż istniejącej religii monoteistycznych. Na terenie Indii praktykowana jest ona od ponad 10 wieków przez nieliczną 100 tys. grupę wyznawców, zamieszkujących głównie okolice Mumbaju (tak się składa, że ta niewielka społeczność jest też jednocześnie największym skupiskiem Zoroastrian na świecie).


Tradycyjnie zoroastrianie pozostawali zwłoki swoich zmarłych w specjalnych wieżach milczeniach, tak by dzięki pomocy sępów mogły rozpaść się do "gołych kości". Ten sposób pochówku praktykowany jest już znacznie rzadziej. Znacznie częściej przeprowadza się kremację lub chowa zmarłych w betonowych grobach. 


I może jeszcze jedna ciekawostka osadzona w poprzedniej ciekawostce: Jednym z najbardziej znanych Parsów był Freddie Mercury. Farrokh Bulsara bo tak miał właściwie na nazwisko wokalista Queenu spędził w Indiach sporą cześć swej młodości, nic w tym dziwnego, bo stąd pochodzili jego rodzice. 

Friday, November 11, 2011

Samotny weekend pod Mumbajem [Indie, Maharasztra]

350 rupii za dojazd na dworzec autobusowy? To gdzieś o 250 rupii za dużo. Sprawdzam z inną taksówką. Tym razem już mniej: 250 rupii, ale wciąż sporo za dużo. Zaczynam się targować. Doprecyzowuję z kierowcą, że docelowo chcę jechać do Lonavli. Pod naciskiem zgadza się włączyć taksometr, a na dodatek zawiezie mnie bezpośrednio pod odpowiedni autobus. No dobra. Wsiadam i jedziemy. Tylko gdzie ten taksometr? O jest. Przykryty jakąś szmatą do przecierania szyby. Na wyświetlaniu już dziewięćdziesiąt parę rupii. No tak! Kierowca zapomniał go wyzerować. Przecież był przykryty szmatą :) No nic. Uprzedzam, że te 90 rupii będziemy musieli odjąć od końcowego rachunku i jadę dalej. Kierowca próbuje się tłumaczyć, ale jest już na przegranej pozycji. Ten dworzec jednak coś dziwnie daleko. Zerkam na mapę i podpytuję mojego nowego znajomego. No tak. Jedziemy gdzieś trzy razy dalej niż chciałem. Dam mu jeszcze szansę - myślę. Ale korek - narzeka. Pewnie będzie chciał dodatkową kasę za jazdę w korku - kombinuję, znam nie takich cwaniaków. Przecież wcale nie ma korka. Jak na Mumbaj to w ogóle jedzie się super - odpowiadam. Kierowca nie daje za wygraną. Ale upał - zagaduje. E, jaka tam temperatura? - w sierpniu to dopiero było gorąco. Teraz jest bardzo przyjemnie - ripostuję, antycypując dopłatę za jazdę w trudnych warunkach pogodowych.
Po jakich 30 minutach wreszcie jesteśmy. Na taksometrze 265 rupii. Odjąć początkowe 90 rupii będzie w sumie 175 rupii (czyli trzeba liczyć 200, bo jak każdy indyjski taksówkarz i ten też nie ma wydać). Mój znajomy próbuje jeszcze być twardy i upiera się przy 265 rupiach, ale tylko przez chwilę. Stawiam na swoim i wysiadam. Przede mną kilka drewnianych bud, każda reklamuje jakieś autobusowe połączenia. Dziwne. Kierowca jakoś nie chce mnie zostawić. Ile kosztuje bilet do Lonavli. 300? Coś drogo. Idę do innej budy, mój znajomy za mną. Coś próbuje tłumaczyć, ale nie zwracam na niego zbytniej uwagi. Ile do Lonavli? 320? Wracam do pierwszej z bud. Jeden bilet do Lonavli poproszę. Kierowca ciągle za mną. Płacicie mu jakąś prowizję? - pytam sprzedawcę z drewnianej budy. Prowizję?! Skąd! Żadnej prowizji! Tylko 20 rupii. Żelazna logika. Nie ma co z nią dyskutować.
Patrzę na bilet. Miejsce nr 18, jeszcze da się wytrzymać. Przez chorobę lokomocyjną zawszę wolę siedzieć z przodu. Za ile odjeżdża? Za 10 minut. Pospiesz się, bo ci ucieknie. Musisz iść do skrzyżowania, potem w lewo i prosto - pogania sprzedawca. I rzeczywiście autobus stoi, tam gdzie miał stać. Metalowa puszka z napisem Volvo. Wygląda trochę tak, jakby w poprzednim życiu był przystankiem autobusowym. Pasażerów jeszcze w ogóle nie ma. Szukam numeru 18, ale miejsca oznaczone literami od A do Q. Dopiero gdzieś za połową zaczynają się liczby. 18 wypada tuż przed końcem! Pakuję bagaż, rozkładam siedzenie. Powoli wsiadają kolejni pasażerowie. Autobus nie odjeżdża przez kolejne 30 minut :). Czas wolny poświęcam na czytanie przewodnika. Jeszcze raz przeglądam rozdział o Lonavli. Trafiam na paragraf o transporcie. Piszą, że mój bilet powinien kosztować nie 300 a 95 rupii...
Jestem tuż już od roku, a ile muszę się jeszcze nauczyć. To niesamowite...


***

Poniżej kilka zdjęć z dwóch kompleksów starych buddyjskich jaskiń, które obejrzałem po dotarciu do Lonavli.