Wednesday, June 29, 2011

Trochę filozoficznie [Indie]

Wycieczka bez Michatka uświadomiła mi, jak łatwe jest podróżowanie bez dziecka (po prostu wsiadasz, lecisz, jedziesz, zwiedzasz, śpisz i już). Trochę tak jakbym na chwilę pozbył się przysłowiowej kozy, którą za radą mądrego rabina przygarnąłem do domu dwa lata temu. [anegdotę o kozie i mądrym rabinie można znaleźć np. tu]
Kiedyś w Górnym Karabachu przygodnie napotkany lokales widząc nasze dwie pary podróżujące z dziećmi zagadnął: "Czemu wy z tymi dziećmi jeździcie? Przecież wy się męczycie!"
Coś w tym może i jest - zamiast jeździć, czas z dzieckiem można spędzać w domu. Ale ja wolę być w drodze, w ruchu. Może podróżowanie z dzieckiem wymaga pewnych wyrzeczeń, i czasami bywa trudne. Dla mnie jednak jest mimo to źródłem przyjemności, nie tyle z poznawania nowych miejsc, kultur, ludzi, ale przede wszystkim z poznawania ich razem i poznawania siebie nawzajem.
PS. Ciekawe czy "druga koza" coś w naszym życiu zmieni?

Tuesday, June 28, 2011

Z wizytą w świątyni [Indie, Assam]

Hinduizm nadal pozostaje dla mnie zbyt skomplikowany bym mógł pokusić się o jakieś głębsze refleksje na temat tej religii.
W czasie mojej krótkiego wypadu na północny-wschód Indii udało mi się odwiedzić świątynię Kamakhya i to w czasie jednego z największych świąt religijnych jakie się w niej odbywają, czyli Ambubachi Mela. W tym czasie czczona w świątyni bogini Shakti, małżonka Siwy przez trzy dni przechodzi menstruację. Przez ten czas kompleks pozostaje zamknięty. Czwartego dnia bogini jest już czysta i do świątyni wpuszczani są wierni, którzy tłumnie (a nawet bardzo tłumnie) składają hołd swojej bogini.

Świątynia pełna jest pielgrzymów, przybywających z najodleglejszych stron.

Do najbardziej malowniczych należą oczywiście święci mężowie sadhu





Przydrożny sprzedawca naszyjników

Kozy czekają na złożenie w ofierze.

PS. O świątyni można też przeczytać na blogu Antka, który był moim przewodnikiem w czasie tej wycieczki.


Sunday, June 26, 2011

Shilong [Indie, Megalaya]

Shilong stolica Megalayi - jednego z najmniejszych stanów Indii - na pierwszych rzut oka nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia. Brudne ulice, chaotyczny ruch, tekturowo-betonowe domy, do tego siąpiący deszcz. Indyjski standard.

Ludzie tylko jacyś inni, bliżej im do Birmy, czy Tajlandii niż do Indii.

Bardzo kolorowy lokalny targ.

Sklep mięsny





Mieszkańcy Shillong to nałogowi hazardziści. Sześć razy w tygodniu w mieście odbywa się loteria, taki rodzaj polskiego totolotka, którą śledzi połowa miasta. Trzeba przyznać, że jej forma jest bardzo oryginalna. Losowanie odbywa się na jednym z miejskich stadionów. Tam członkowie głównych klubów łuczniczych z okolic Shilong 6 dni w tygodniu, dwa razy dziennie przez trzy minuty strzelają do przypominającego tarczę pnia. Szczęśliwy numer to dwie ostatnie cyfry łącznej liczby strzał, które w danej serii osiągną cel (zwykle jest ich kilkaset). I tak jeśli tego dnia w tarczy znalazły się 543 strzały, to w loterii wygrywają wszyscy ci, którzy obstawili numer 43.

Na takim stoisku można zagrać w "strzałolotka"



A całość prezentuje się tak.

Tarcza

Komisja licząca strzały

Saturday, June 25, 2011

Żyjące mosty, czyli tam gdzie Michatka jeszcze nie było [Indie, Megalaya]

Tym razem Michasia ze mną nie było (został razem z mamą w domu), ale wypad na północny-wschód Indii był na tyle ciekawy, że postanowiłem złamać dotychczasową praktykę i wykorzystać tego bloga do podzielenia się wrażeniami z szerszym gronem czytelników.
Cel wyjazdu był prosty: dotrzeć do najwilgotniejszego miejsca na Ziemi w najbardziej mokrym okresie. Założenie dobre, tylko, że prawie w ogóle nie padało... W sumie nie było to takie złe, bo udało się przez to zobaczyć parę rzeczy, których przy normalnej, monsunowej pogodzie nie byłbym w stanie odwiedzić. Jedną z takich atrakcji są żyjące mosty. Jedna z bardziej niesamowitych rzeczy, jakie widziałem w życiu. I do tego prawie zupełnie nieznana.
Do budowy mostów wykorzystuje się jeden z rodzajów rosnących na tych terenach fikusów. Ich korzenie są na tyle elastyczne i trwałe, a zarazem pnące, że przy odpowiedniej pomocy potrafią stworzyć niezwykle mocną i wytrzymałą konstrukcję. Ta pomoc to liny, po których korzenie pną się na drugi brzeg strumienia. Gdy most jest już wystarczająco stabilny liny można zwinąć, konstrukcję uzupełnić kamieniami i gotowe. Ile takich mostów jest w całej Megalayi nie wiadomo. Ja widziałem trzy. Jeszcze kilka zostawiłem na potem, no bo przecież trzeba będzie tu wrócić z resztą rodziny...




Widok z mostu



A tu jeszcze mostek bambusowy

Dla żądnych wrażeń spojrzenie w dół

PS. Antek: dziękuję za wszystko, przede wszystkim za opiekę i pomoc w dotarciu do tych niesamowitych miejsc!

Sunday, June 19, 2011

Muzeum Toalet [Indie, Delhi]

Na specjalne życzenie pewnej koleżanki wybraliśmy się pod koniec czerwca do delhijskiego Muzeum Toalet.

A problem toalet, a właściwie ich braku (co widać na załączonym obrazku*), przy generalnej niechęci mieszkańców Indii do używania tych, które gdzieś są, to rzecz naprawdę ogromnej wagi. Wie to każdy to w tym kraju był, bo widok osób załatwiających się na ulicy, to rzecz powszechna. I wszystko jedno, czy jesteśmy w Delhi, czy na prowincji.
Miejscowa wersja czasopisma Lonely Planet ma przy każdym artykule o turystycznych atrakcjach Indii podpunkt zatytułowany "czysty kibelek", ze strategicznymi informacjami, gdzie w okolicy znaleźć można przyzwoicie wyglądającą toaletę.

Muzeum okazało się przybudówką organizacji non-profit, której celem jest propagowanie użycia i budowy toalet.
Żar leje się z nieba. Parasole mają nas ochronić przed słońcem.

Toaleta podziałów klasowych. Z wychodka na górze korzysta szef, a na dole jego podwładni...

Z przetworzonych ekskrementów wytwarza się bio-gas, który można
np. wykorzystać do generowania energii.


* To zdjęcie to mój osobisty rekord. W jednym kadrze udało mi się uchwycić aż 6 załatwiających się dżentelmenów!

Saturday, June 11, 2011

Smok [Indie]

Odstawiliśmy smoka. Wykorzystując kolejny weekend w Delhi postanowiliśmy odzwyczaić Michatka od smoka. Smok rzecz bardzo pożyteczna, szczególnie dla rodziców, którzy nie lubią publicznych awantur. Wynalazek niby taki prosty, a w mig potrafił uspokoić naszego krzykacza i nic nie było w stanie go zastąpić. Ale ile można chodzić z zatyczką w gębie? Trzeba było w końcu z tym skończyć. Zebraliśmy się w sobie. Dwie noce krzyków, potem jeszcze jakaś sporadyczna awantura (zwykle miedzy 4-5 w nocy) i się udało. Michaś czasem jeszcze wspomina swoje "momo tuje"*, ale radzi sobie bez niego doskonale.
* Momo tuje: momo - czyli smoczek, a tuje - czyli "tu jest", bo gdy Michaś smoka szukał, to tak
właśnie najczęściej mówiliśmy, gdy mu go dawaliśmy.


A zdjęcia dzisiaj z Kopenhagi, gdzie byliśmy dawno temu, gdy jeszcze Michasia na świecie nie było.

W jednym z parków znaleźć można takie o to drzewo smokowe, na którym dzieci zostawiają swoje drogocenne skarby, wkraczając tym samym w dorosłość.

Smoczki rosły na nim niczym jakieś egzotyczne owoce.


Na gałęziach znaleźć można było też rzewne listy:
"Niech tobie dobrze służy, ja nie będę już z niego korzystał, bo jestem duży!"