Sunday, January 30, 2011

Styczniowe Delhi [Indie, Delhi]

Początek stycznia upłynął nam raczej niewyjazdowo. Najpierw pogoda nie zachęcała do wychodzenia z domu, potem od zwiedzania Delhi odciągnęły nas jakieś inne obowiązki, a pod koniec miesiąca zaczęliśmy zbierać siły na wizytę gości z Polski, którzy mieli nas odwiedzić w lutym. W rezultacie przez cały miesiąc zrobiliśmy tylko dwie krótkie wycieczki do i poza miasto. Pierwszą na spacer do parku jeleni, drugi 30 km od stolicy do rezerwatu ptaków Sultanapur.

Oglądamy jelonki.



W parku jest też restauracja, w której nie można palić
(co zresztą podkreśla tablica informacyjna aż 3 razy,
no i ten zakaz wnoszenia broni i amunicji)

Rezerwat ptaków - same ptaki gdzieś w oddali.


Ps. Bastek tylko zapomniał wspomnieć, że połowę stycznia spędził w Polsce. Ale to się nie liczy jako wycieczka...

Tuesday, January 18, 2011

Zostanę poliglotą? [Indie]

Już przed przyjazdem do Delhi zastanawialiśmy się jak nasz maluch poradzi sobie w miszmaszem językowym, który spotka go w Indiach. I rzeczywiście jest to pewna zagwozdka. My bowiem rozmawiamy z nim po polsku, nasza niania wyłącznie w hindi, a otoczenia zagaduje do niego po angielsku, zwykle zresztą w tym samym stylu:
- What is his name?
- Michael.
- Michael? Michael Jackson (hihi).

Początkowo wydawało się, że Michaś znosi to całe zamieszanie bez większych problemów. Ostatnio mamy jednak wrażenie, że doszedł do wniosku, że język to każdy ma, ale własny. Nie ma więc co się uczyć mowy mamy, taty, niani, czy spotkanego na ulicy przechodnia, skoro można nazywać wszystko po swojemu.
Bazą do językowych eksperymentów wciąż pozostaje polski, ale coraz częściej nowe słowa Michatka brzmią jak zupełnie pozbawione ziemskiej logiki. No bo jak wytłumaczyć to, że piłka nazywana jest "bimbi", a słowa "kungi" i "bimba" są pochodną... no właśnie... nie do końca wiadomo czego, ale wiadomo, że chodzi o "płatki kukurydziane" i "ketchup".
Z ciekawostek lingwistycznych zaobserwowaliśmy też pewne próby łączenia różnych języków. Przykładem są tu "pankeki", czyli naleśniki znane po angielsku pod nazwą "pancakes" i "dziu", czyli sok.

Saturday, January 1, 2011

Jaipur - jeszcze kilka atrakcji [Indie, Rajasthan]

W międzyczasie między zwiedzaniem pałaców królewskich, instrumentów astronomicznych i budowli fortecznych będąc w Jaipurze można też wpaść do kilku innych miejsc.

Np. położone na obrzeżach miasta królewskie groby.





Pałac na wodzie, podziwiać można tylko z zewnątrz.

Najlepiej w połączeniu ze spacerem nadbrzeżną promenadą.

Świątynia Małp

jest popularnym miejscem na zachód słońca.

Poza niezłymi widokami, daje też możliwość spaceru

W towarzystwie indyjskich małp


I to już koniec naszej jaipurskiej opowieści.


Jaipur - miasto fortów [Indie, Rajasthan]

To jeszcze nie koniec atrakcji Jaipuru. Po jednym dniu poświęconym na zwiedzanie miasta, drugi poświęciliśmy na oglądanie przyległości. A te okazuje są równie interesujące, jeśli nawet nie bardziej, niż to co zobaczyć można w centrum. To oczywiście zależy od tego, jak kto odnajduje się w szeroko pojętej turystyce forteczno-militarnej.
Jak już na naszym blogu można było się zorientować podstawowym atrybutem rajasthańskiego miasta jest fort, najlepiej dużych rozmairów, dostojnie spoglądający na całą resztę miejskich zabudowań. Może być w centrum, albo na przedmieściach. Położenie jest mniej ważne. Ważne, aby był duzy. Bez porządnego fortu prawdziwe rajasthańskie miasto nie mogłoby pewnie nosić przydomka "rajasthańskie" :)
Jaipur jest swego rodzaju kwintesencją tak specyficznie zdefiniowanego "rajsthanizmu", bo forty ma aż 3.

Fort Amber - pierwsza klasa!

A największą atrakcją jest możliwość wjechania pod bramę fortu na grzbiecie słonia.

Michatkowi też się podobało.

Dziedziniec - tu kończy się nasza przejażdżka, a zaczyna zwiedzanie.



Drugi fort - Jaigarh nie jest już tak spektakularny,

ale ma przepiekny widok na fort Amber

I ciekawe tablice informacyjne.

A trzeci fort?
Trzeci fort nastpenym razem. Jaipur jest tuż pod Delhi (jedyne 300 km), na pewno do niego jeszcze wrócimy.