Thursday, September 23, 2010

Monsun się skończył! [Indie, Delhi]

Wreszcie skończył się monsun. Podobno najdłuższy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Przed nami najlepsze 6 miesięcy w roku.

Sunday, September 19, 2010

Cysorz to ma klawe życie [Indie, Madya Pradesh]

Dzień drugi wycieczki spędziliśmy głównie w hotelu, restauracji i centrum handlowym. Ale co robić jak z nieba leją się wiadra wody? W przerwie udało nam się na szczęście odwiedzić pałac maharadży. Co to za pałac zobaczcie sami...


Brama do majątku maharadży

Jedna ze ścian pałacu

Bawialnia

Basen ze skocznią

Poprzedni maharadża zrobił sporą karierę polityczną: był ministrem lotnictwa i kolejnictwa.
Jako tak ważna persona spotkał się z wieloma znanymi politykami. W pałacu można m.in. podziwiać fotografie upamiętniające jego rozmowy z F. Castro i S. Husajnem.

Prywatna jadalnia

Wanna - ciekawe, że brak podłączenia do kanalizacji

Słynna sala z ogromnymi żyrandolami, żeby sprawdzić wytrzymałość konstrukcji podtrzymującej oświetlenie, najpierw pod sufitem podwieszono 8 słoni, a dopiero potem właściwie żyrandole.

A to nasz mahajadża w swojej lektyce, jak zwykle śpi :)

Saturday, September 18, 2010

Jedziemy za miasto [Indie, Madya Pradesh]

Wybraliśmy się na weekend za miasto. Za miasto, czyli do Gwalioru, jakieś 300 km od Nowego Delhi. :)
Gwalior jest bardzo dobrze skomunikowany ze stolicą Indii (leży przy tej samej linii kolejowej, która mogłaby nas dowieźć do Agry), a przy okazji bardzo rzadko odwiedzany przez turystów (szczególnie w czasie pory deszczowej). Pewnie dlatego, że wg przewodnika Lonely Planet miasto nie znajduje się nawet na liście głównych atrakcji stanu Madya Pradesh. Co nas jednak trochę dziwi, bo zarówno fort, jak i pałac maharadży (o nim w następnym wpisie) zasługują na takie wyróżnienie.



W muzeum najlepsze ujęcia robi się podobno stojąc na zabytkowej kolumnie

Trwają prace remontowe.

Widok na miasto


Michatek śmichatek




Świątynia Sikhów.

Saturday, September 4, 2010

Old Delhi [Indie, Delhi]

W weekend wybraliśmy się na Stare Delhi. W porównaniu z dzielnicą, w której my mieszkamy, to zupełnie inny świat. Prawdziwe Indie: tłok, ścisk, egzotyczne zapachy i ciągłe trąbienie. "Zupełnie jak w Bangladeszu" - podsumowała Mary :) No niezupełnie. Przede wszystkim w Indiach na turystów czeka całe mnóstwo atrakcji. Bangladeskie zabytki, gdyby je tutaj przenieść, nie załapałyby się pewnie do przewodnika. I co z tego wynika? A to, że przez te cztery lata będziemy tu w mieli mnóstwo do obejrzenia. Trzeba się więc od razu zabierać do roboty...




Michaś pierwszy raz kieruje rikszą!


Paharganj - dzielnica tanich hoteli i knajpek,
tu trafia większość budżetowych turystów


W tle biblioteka publiczna

Stambuł [Turcja]

Ale zaraz zaraz...
Zanim dotarliśmy do Indii mieliśmy jeszcze przymusowy postój w Stambule (nasz samolot z Warszawy miał spore opóźnienie i przez to nie zdążyliśmy na lot do New Delhi).
Dzięki temu dostaliśmy niepowtarzalną szansę spędzenia 24 godzin w Turcji. No może nie do końca 24 godziny, bo gdy odjąć czas wykorzystany na sen, transporty z i do lotniska, a także posiłki, które zapewniły nam linie lotnicze, to w sumie czasu było akurat tyle by zobaczyć ścisłe stambulskie hity: Hagie Sofię i Błękitny Meczet, przejść się po centrum i odwiedzić bazar.












Friday, September 3, 2010

Ja chcę do Indii [Indie]

Namaste!

Jak już pewnie niektórym czytelnikom wiadomo najbliższe cztery lata spędzimy w Indiach!!! AAA!!! Indie - marzenie każdego podróżnika. Czy na pewno każdego? Co na taką dużą zmianę powie Michaś? Czy przypadnie mu to gustu hinduska niania? I Chicken Tikka Masala? A czy rodzice Michasia nie będą się ciągle o niego zamartwiać? Czy będą dalej podróżować?

Z drugiej strony jak nie wykorzystać takiej okazji. 4 lata szmat czasu. Wystarczy, żeby trochę lepiej poznać Indie, trochę po nich pojeździć, może nawet odwiedzić inne kraje regionu. Michasiowi też pewnie się spodoba. A jak dobrze pójdzie podłapie trochę angielskiego i miejscowy akcent :)

Zaryzykowaliśmy. Jedziemy.

I wtedy się zaczęło. Ileż to organizacji. Trzeba sprzedać samochód, wynająć mieszkanie, wyprowadzić się, spakować rzeczy: co jedzie z nami, co wyślemy w cargo, co zostaje w Polsce, co potrzebujemy w Armenii (w międzyczasie byliśmy przecież jeszcze na urlopie :). W miarę przygotowań nasz dobytek zaczał się rozrastać. Finalnie nadaliśmy 80 kg bagażu, ładnych kilkadziesiąt kilo wzięliśmy ze sobą jako rzeczy podręczne, ale i tak najcięższe okazało się cargo, w którym wysłaliśmy 128 kg rzeczy, głównie michasiowych słoiczków, kaszek, pieluch i wilgotnych chusteczek. W Indiach podobno wszystko jest, ale my chcieliśmy mieć pewność i przekonanie, że w życiu naszego malucha gwałtownie zmieni się tylko otoczenie, dodatki wprowadzać będziemy stopniowo. W ten sposób szok będzie mniejszy.

Michaś już tęskni za swoimi ulubionymi kuzynami. Kuzyni też tęsknią. Podobno wybiera się do nas Staś i Oleńka (tradycyjne "Ja chcę do Michasia" zamieniła na "Ja chcę do Indii!").

Michatek - jeszcze w Armenii, ale już z indyjskim posmakiem.

Wednesday, September 1, 2010

Górskie wędrówki [Armenia]

Armenia miała być dla nas idealnym miejscem do realizacji pewnego długo obmyślanego pomysłu: kilkudniowego trekkingu po dzikich górach. O ile normalnie organizacja takiej wyprawy nie nastręcza zbyt dużych problemów, to w przypadku bagażu w postaci naszego malucha (no i bagażu, którego nasz bagaż wymaga) sprawa zaczyna być nieco skomplikowana. Na krótkie dystanse można się oczywiście przemieszczać z małym plecakiem i nosidełkiem. Przy dłuższych trasach zaczyna po prostu brakować miejsca w plecaku, a i nogi powoli odmawiają posłuszeństwa przy coraz cięższych bagażach. Trzeba się posiłkować zwierzyną juczną, co nie zawsze musi być takie proste. I tak właśnie stało się w tym przypadku. Nasze ambitne plany trekkingowe spaliły na panewce, bo gdy po długiej podróży dotarliśmy do zapomnianej przez świat wioski w Górnym Karabachu, i gdy udało nam się znaleźć konia, a potem jeszcze kilka osłów, to okazało się, że ich właściciele nie są wcale zainteresowani górskimi wycieczkami. No i cóż było robić. Przearanżowaliśmy nasze plany i zamiast kilkudniowego trekkingu, zrobiliśmy dwie krótsze wycieczki. Może i dobrze, bo z nieba lał się niemiłosierny żar i te nasze biedne dzieciaki strasznie by się w tym całym skwarze umęczyły. A tak poznaliśmy gościnność mieszkańców Górskiego Karabachu i tatowkę - pędzony na owocach morwy samogon...
W sumie górskich wycieczek zrobiliśmy kilka, nie tylko w Karabachu, ale także w Armenii.
Zdjęcia poniżej.









Michatek w peesie

Od tygodnia zbieram się, żeby napisać co nowego u Żabka. Tylko że nic nowego jakoś nie mogłam znaleźć - chodzi, bawi się, coś tam mówi (am, bam, miau, tata itp.), płacze niekiedy. Aż dziś nagle uświadomiłam sobie podstawową różnicę między Michatkiem teraz i miesiąc temu - zaczął rozumieć. O co go nie poprosimy, to się ładnie słucha. No chyba, że czegoś zakazujemy, wtedy jakby ogłuchł. Poza tym wciągnął się w teletubisie (cały czas ten sam odcinek), co daje nam niekiedy jakieś 15 minut spokoju. Włazi na wszystkie meble z radością i z jeszcze większą radością z nich spada. Ślicznie tańczy i śpiewa, może kiedyś wstawimy filmik. No i intensywnie uczy się pływać, ćwiczymy niemal codziennie jeśli pogoda na to pozwala. Aha, no i chce sam jeść, więc odnotowujemy spore straty w obiadkach i obrusach (szczególnie w gościach). Nadal jest miłośnikiem wkładania wszystkiego co ma pod ręką gdziekolwiek, więc dziś spakował nam pół pokoju do plecaka przygotowanego na weekendową wycieczkę. Zobaczymy jak się spisze jutro w pociągu...